Pierwszy letni weekend w Warszawie – schizofreniczna wycieczka po absurdach niekonsekwencji reżimu sanitarnego

   Dwa weekendy temu trochę zaszalałam – poszłam do teatru, klubu, baru i na Nocny Market. Patrząc na to, że (jak większość z Was) wiosnę spędziłam głównie na kanapie u mnie w domu, to taka ilość atrakcji w jedną noc wydaje mi się ekscytująca i godna opisania.
 

   Swoje przygody zaczęłam w teatrze – poszłam do „Romy” na musical „Once”. Był to zresztą tam pierwszy spektakl od marca. Teatry dopiero się odmrażają – te, które decydują się na otwarcie, są zobowiązane do przestrzegania szeregu rządowych restrykcji: co drugie miejsce na widowni powinno być puste, a przez cały czas trwania przedstawienia widzowie muszą mieć zakryte nosy i usta. I dlatego przez 2,5 godziny siedziałam w maseczce, próbując przy tym skupić się na sztuce. Nie było to przyjemne, ale uznałam to heroiczne poświęcenie na ołtarzu polskiej kultury.

   Po wyjściu z teatru złapałam oddech i przypomniałam sobie, że właśnie otworzył się znów Nocny Market (dla niewtajemniczonych: to festiwal streetfoodu, który odbywa się od kilku lat, w każde wakacje od czwartku do niedzieli w nocy, na terenie dawnego Dworca Gdańskiego). Pomyślałam – i pojechałam.

   Okazało się, że nie tylko mnie brakowało jedzenia drogiej szamki wśród tłumów w środku nocy. Kolejka do wejścia zakręcała dwa razy, ale warto było czekać, by przekroczyć niewidzialną granicę, za którą znajdował świat pełen muzyki, potraw z różnych stron świata i roześmianych ludzi. Tutaj moja bawełniana maseczka mogła się co najwyżej przydać do wytarcia ubrudzonych sosem ust, a o koronawirusie nawet wstydziłabym się myśleć.




   Dokładnie tak - wirus może zaatakować wewnątrz pustego teatru, ale na zatłoczonym targu czy wiecu wyborczym już nie. To jasne. 

   Otwarte zostały również kluby, gdzie zawędrowaliśmy po zapoznaniu się z każdą atrakcją jaką oferował Nocny Market. Wybraliśmy BARdzo bardzo mieszczący się w samym centrum stolicy przy ulicy Nowogrodzkiej 11. W środku nie było NIKOGO - nawet barmanki i didżej poszli na fajka. Ten pierwszy jednak, gdy tylko nas dostrzegł, rzucił kiepa w kąt, podbiegł do nas i z pełnymi radości oczami obiecał, że zagra nam, co tylko chcemy! Było surrealistyczne, piękne i nowe przeżycie, które Wam serdecznie polecam.






   Ostatnim naszym przystankiem był bar Studio (mieszczący się w Pałacu Kultury i Nauki) - jak widać bar barowi nierówny, bo tutaj (JAK ZAWSZE) ludzi było "jak mrówków". W sumie nie wiem, czemu się dziwię, skoro od lat jest to najmodniejsze (i jedno z tańszych) miejsc, w których gra fajna muzyka, zawsze można spotkać kogoś znajomego i jest blisko do metra.

   Ja tak naprawdę bardzo cieszę się z tego, że można wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi. Dziwię się po prostu temu, że w obrębie jednego miasta doznania sanitarne tej samej nocy tak diametralnie się mogą różnić. Wygląda to trochę tak jakby ktoś z zamkniętymi oczami wskazał miejsca, które mają być objęte zaostrzonymi przepisami sanitarnymi, a które nie - nie ma tu żadnej logiki. W każdym razie tak to wygląda w Warszawie.



   Absurdy niekonsekwencji związanej z wyznaczaniem miejsc objętym reżimem sanitarnym może przeprawić o ból głowy - czy jeszcze będzie przepięknie i normalnie? Zapraszam do dyskusji!

***

Publikowanie komentarza

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).

Designed by OddThemes | Distributed by Gooyaabi Templates