Ciekawostki z Londynu: gołe nogi, kawiarnie i kobiety w ciąży

   Jak się pewnie domyślacie, kilka moich najbliższych postów zdominuje Londyn - miasto olbrzymich możliwości, przewspaniałej architektury, piętrowych autobusów oraz rewelacyjnych wyprzedaży. Mnóstwo osób mówiło, że cała ta wycieczka będzie zupełnie bez sensu, ponieważ Londyn "jest przereklamowany", "nic tam nie ma", a jego klimat zdaje się być wręcz "nieznośnym", ale czym powinno być czasem ludzkie gadanie, jeśli nie tylko wiatrem rozwiewającym włosy?

   Londyn wywarł na mnie ogromne wrażenie. Skonfrontowanie na żywo swoich wyobrażeń z rzeczywistością było niezwykłe i ta podróż zostanie we mnie na zawsze. Nie chcę Wam jednak dziś pisać o tym, jak wielkie miałam oczy przejeżdżając codziennie przez szachownicę biednych i zamożnych dzielnic południowego Londynu czy o płaczu w najwspanialszym muzeum, w jakim miałam szczęście być. Dziś chciałabym Was nieco zaciekawić moimi obserwacjami stolicy Wielkiej Brytanii. To moje subiektywne spostrzeżenia powstałe na podstawie dziewięciodniowego pobytu. Mogą być równie celne i zaskakujące, co błędne oraz rozczarowujące jednocześnie.

    Londyńczykom nigdy nie jest zimno

   Bardzo możliwe, że można tę opinię rozszerzyć na całą Wielką Brytanię!

   Nigdy w życiu nie poczułam zimna tak dotkliwie jak w Londynie. Miałam wrażenie, że jako jedyna w mieście mam na sobie cztery swetry, gdy mężczyźni  dookoła chodzili z nonszalancko rozpiętymi koszulami, a kobiety z gołymi stopami. 

   Tam jest naprawdę zimno, a chłód zdaje się przenikać do samych kości. Wystarczy, że nawet w najzimniejszy dzień pojawi się słońce, a wszyscy zakładają letnie stroje, klapeczki i bluzki z ramiączkami. Ponadto nikt nie zakłada dzieciom nie tylko czapeczek, lecz nawet rajstopek! Podobno to "zimny chów" (tak słyszałam). Niesamowite!

   Kawiarnie są wszędzie: nawet w muzeach czy sklepach z ubraniami

   Czasem w Warszawie człowiekowi bardzo chce się pić, ale wszystkie automaty z colą nie działają, a w pobliżu nie ma żadnej otwartej kawiarni czy sklepu. W Londynie (a na pewno w jego rozległym centrum) nie ma podobnych problemów. Tam wszędzie znajdują się kawiarnie - nawet w muzeach czy sklepach z ubraniami. Kiedyś podśmiewałam się z odcinka serialu "Co ludzie powiedzą", gdzie Hiacynta Bukiet pojechała z mężem do jakiegoś zamku za miastem i w tym zabytkowym obiekcie znajdowała się kawiarnia. Teraz rozumiem dowcip twórców. 

   Jeśli można w jakimś turystycznym lub obleganym przez ludzi miejscu zarobić, to najlepiej postawić tam kilka stolików i podawać herbatę za kilka funtów. W Top Shop na Oxford Street zakupy przypominają wyjście na dyskotekę - jest tam didżej oraz stoisko Bubbleology, zaś w muzeach pomiędzy salami z ekspozycjami urządzone są nie tylko kawiarnie, lecz nawet mini restauracje, dzięki czemu można tam spędzić cały dzień. Ludzie są tam bardzo przedsiębiorczy.

   "Baby on board" - kobiety noszą taką plakietkę

   Kiedy zapytałam Anę (koleżankę, u której miałam olbrzymią przyjemność mieszkać w trakcie pobytu w Londynie), czemu niektóre kobiety w autobusie mają przypięte przy płaszczach plakietki z napisem: "baby on board", odparła zdziwiona: "żeby każdy wiedział, że są w ciąży, a nie na przykład grube". Tyle w temacie. W Polsce o tym na razie się dyskutuje i nie uskutecznia, a to taki niewielki gadżet ułatwiający wszystkim życie. Mnie raz jedna pani ustąpiła w metrze miejsce, a miałam tylko grubą kurtkę.

   W Wielkiej Brytanii przechodzenie na czerwonym świetle nie jest karalne

   W Polsce stanowi to wykroczenie zagrażające naszemu życiu, natomiast Brytyjczycy uznali, że każdy jest sam odpowiedzialny za swoje w trakcie przechodzenia przez ulicę. Sygnalizacja działa podobnie, ale nikt nie zwraca uwagi na to, jakie światło rozbłyśnie. Co ciekawe podobno wypadków z udziałem pieszych jest niewiele. Kierowcy na widok przechodzących na czerwonym świetle bardzo często się zatrzymują. W ten sposób też łatwo rozpoznać turystów - zawsze grzecznie czekają na zielone światło. Przyznaję, że bardzo przyzwyczaiłam się do tego brytyjskiego zwyczaju (prawa!) i po powrocie kilka razy prawie wpadłam pod samochód.

   Nie mają klamek w mieszkaniach

   Kompletnie nie wiem, czy mam rację, ale ich po prostu nie widziałam w drzwiach wejściowych do mieszkań w południowym Londynie. Jak zatem się je otwierało? Za pomocą przedłużonej rączki w zasuwce. Szok.

   W pubach za każdego drinka i jedzenie płaci się natychmiast

   W dzień po tym jak dowiedziałam się, że muszę zostać w Londynie o cztery dni dłużej (odwołano mój lot) wybrałam się na obiad do miejscowego (nawiasem mówiąc przepięknego!) pubu na obiad. Sam posiłek był taki sobie (Anglicy podają zdechłe frytki!), ale zdziwiło mnie, że musiałam uiścić rachunek natychmiast - bez opcji domówienia czegoś w ramach jednej płatności. Tak samo było na drinku z Aną - płatność następowała po każdej kolejce osobno. Dziwne, co?

   Oczywiście oprócz tego ruch jest lewostronny, okna otwierają się na zewnątrz, po ulicach jeżdżą dwupiętrowe, czerwone autobusy, a w wielu miejscach wciąż przy umywalkach znajdują się dwa krany (oddzielnie na ciepłą i zimną wodę).

   Dajcie znać, czy moje wspomnienia i zdjęcia z Londynu Was ciekawią oraz zajrzycie na bloga Any, u której mieszkałam: http://champagnegirlsabouttown.co.uk/

3 komentarze :

  1. Też nie cierpię chłodu Anglii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi się od razu zimno zrobiło na myśl o braku rajstop czy czapeczki u dzieci, nie wspominając o moich zdechłych nerach. Podobają mi się te autobusy i budki telefoniczne, dużo rzeczy mi się tam podoba, kiedyś się wybiorę :) Szczęśliwego Nowego Roku Aniu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Londyn moje marzenie zaraz po Paryżu, które miałam okazję spełnić już 3 lata temu...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).

Designed by OddThemes | Distributed by Gooyaabi Templates