Recenzja Listów do M. 3 - czy warto się wybrać do kina?

  Kilka dni temu obejrzałam trzecią część kultowych "Listów do M.". Dwie poprzednie doczekały się rzeszy wielbicieli oraz stałego miejsca w świątecznej ramówce telewizyjnej, a w kolejce po bilety na ostatnią wciąż stoją tłumy. Pytanie: czy warto się wybrać do kina?

   Cała koncepcja "Listów..." opiera się na próbie stworzenia polskiego "Love Actually" (w polskiej wersji językowej: "To właśnie miłość"), czyli dosięgnięcia filmowego ideału świątecznej produkcji, która 14 lat po premierze (!!!!!!!!!) wciąż zachwyca i się nie nudzi. Świat, w którym Hugh Grant jest premierem, nie może nie być pięknym, a to dopiero pierwsza ze składowych produkcji. W filmie "To właśnie miłość" tytułowe uczucie pojawia się w różnych konfiguracjach (mamy romans, uczucie do muzyki, zmarłej żony, rodzeństwa czy koleżanki) i rodzi w niespodziewanych okolicznościach (na planie filmu pornograficznego, nad jeziorem i w domu premiera). Nie zawsze jest to uczucie spełnione, a nawet gdy takowe się staje - nie robi tego w sposób oczywisty. "Love Actually" to kompilacja splecionych ze sobą historii opowiedzianych ze swadą, poczuciem humoru i wyczuciem. Plejada znakomitych aktorów oraz klimat świąt dodają jedynie smaku całemu projektowi. Naprawdę trudno to przebić.

   "Listach do M. 3" to tak naprawdę bardzo staranna produkcja - obraz jest ostry jak brzytwa, udźwiękowienie nie pozostawia wątpliwości do do żadnego szmeru, dekoracje wyglądają wiarygodnie i nawet akcja filmu rozgrywa się nie tylko w galerii handlowej, ale w żywej tkance miasta (uważam za to duży plus i ładną promocję stolicy), a obsada składa się wyłącznie z gwiazd.

   Fabuła filmu opiera się wokół koncepcji magicznej Wigilii, w której dzień wiele może się zdarzyć. Ktoś szuka ojca, kto inny dziadka, a jeszcze inni miłości. chociaż pomiędzy bohaterami wiele się dzieje (zdrady, ciąże, porzucenia, adopcje psów), to tak naprawdę żaden z wątków nie jest porządnie rozpisany i trudno się wczuć w naskórkowo poprowadzoną narrację. Niewielką wisienką na tym świątecznym zakalcu jest niewielka rola Stanisławy Celińskiej, a przyjemnym zaskoczeniem: Borys Szyc, którego bohater (zakochany w dziennikarce policjant) to chyba najlepiej wykreowany bohater. 

   W trzeciej części "Listów..." lokowany jest NeoNail (zdjęcie wyżej) oraz Apart i stacja radiowa, w której pracuje jedna z bohaterek. 

   Obejrzałam wszystkie trzy części LDM i uważam, że ta ostatnia jest najbardziej udana, chociaż nigdy w mojej percepcji nie wyjdzie poza kategorię: "miałka". Fani serii z pewnością nie wyjdą z sali zawiedzeni i nic poza tym ;). Znam wiele osób uwielbiających zakalce i jest to w moim przekonaniu piękne.

2 komentarze :

  1. Mam ochotę zobaczyć ten film.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sobotę byłam na tym filmie i w sumie cieszę się, że zdecydowałam się na ten seans. Pośmiałam się i wzruszyłam (beksa ze mnie straszna). Obsada mi się podobała - ale jak zwykle najbardziej Karolak, psia dupa! :D Z kolei co do Szyca mam odwrotne do Twojego zdanie. Nie lubię tego aktora i źle mi się go oglądało.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).

Designed by OddThemes | Distributed by Gooyaabi Templates