Moje życie nie jest z Instagrama, a Twoje?


   Ostatnio wstaję bardzo rano – zarówno w tygodniu jak i w sobotę. W sumie jedynym dniem, gdy nie włączam budzika (ale organizm i tak się mimowolnie reguluje i sam wybudza o świcie) jest niedziela. Poniedziałki oraz wtorki zaczynam od jogi o 7 rano, co zmusza mnie do pobudki już o godzinie 5. Koleżanki, koledzy oraz Czytelnicy i wszelkie inne osoby śledzący mnie na Instagramie i Facebooku (zachęcam do lajkowania!) gratulują, zazdroszczą i podziwiają mój nowy styl życia. Oczywiście jest to imponujące (zwłaszcza dla mnie), natomiast do mainstreamu dociera jedynie fragment całej sytuacji. Otóż w rzeczywistości zanim uśmiechnięta pojawiam się w moim klubie jogi, o 5 nad ranem wyłączam budzik: włączam za to maksymalną ilość drzemek i przewracam się z zamkniętymi oczami na wszystkie boki. W zamierzeniach powinnam powoli zrelaksowana rozpoczynać poranek - w praktyce mam  kwadrans na toaletę, zjedzenie czegoś (przed jogą na szczęście wręcz nie mogę pochłonąć wyrafinowanego śniadania, a jedynie coś lekkiego) i czasem w biegu wręcz wskakuję w ostatni tramwaj, dzięki czemu w klubie jestem o 6:58.


   Oczywiście mogłabym udawać, że moje życie to jeden wielki Instagram, ale tak nie jest. Czasem  wręcz zdecydowanie od niego odbiega. Jak choćby w niedzielę, gdy postanowiłam zjeść kilka krakersów. Wiedziałam, że są smaczne, bo już wcześniej napoczęłam paczkę. Jakaż byłam skonsternowana, gdy w pewnym momencie z miseczki z ciastkami czarną główką pomachał mi mól spożywczy!!! Zamiast cykać foteczki na blogaska przez ponad dwie godziny wyrzucałam moje ukochane, hipsterskie jedzenie singielki w stolicy: mąkę ryżową, mąkę z ciecierzycy, sól himalajską, cukier trzcinowy, miętę z Grand Canarii... No dwa worki spożywczych cudów zniknęło w niebycie śmietnika. W Biedronce udało mi się dostać ocet, więc przed wieczorną praktyką jogi zamiast myśleć nad wzniosłymi rzeczami, polewałam mieszkanie octem, po czym popędziłam na ostatni możliwy tramwaj, zastanawiając się, czy nie pachnę jak słoik ogórków konserwowych.
   Gdybym miałam tylko FB i osobisty Instagram, to pewnie jak wiele osób na swoich SM pokazywałabym tylko doniosłe, wesołe i piękne chwile z zagranicznych podróży czy innych wspaniałych miejsc, komponując w ten sposób idealny obraz rzeczywistości. Gdybym nie wrzucała do sieci tak często swoich zdjęć, zapewne ta jedna jedyna publikacja musiałaby zabijać jakością, natomiast mam ten komfort, że jestem blogerką i znudziło mi się poprawianie zdjęć oraz uczenie się ich obróbki tak, by polepszyć stan swojej urody. Jak online, tak offline: częściej chodzę bez makijażu niż w nim, chociaż w sumie (sama już tego nie pamiętam) jestem certyfikowaną wizażystką.
   Wiecie, jak nazywa się moja ulubiona grupa na Fejsiku? Pozamiatane. Chujowa Pani Domu po godzinach - zachęcam do dołączania, jeżeli macie choć trochę poczucia humoru. Tego co się tam dzieje wprost nie da się opisać w jednym poście. Dość powiedzieć, że nie znajdziecie tam ani jednej żony ze Stepford, a prawdziwe do szpiku kości babki zdystansowane do swoich poczynań we własnych gospodarstwach domowych. 
   Błądzenie jest rzeczą ludzką, a nie myli się ten, kto nic nie robi. Osobiście jest bardzo wyrozumiała dla pomyłek, ponieważ wiem, że i mnie mogą się zdarzyć. Zamiast płakać, narzekać czy się żalić, wolę szukać rozwiązania. Człowiek musi nie mieć w sobie zupełnej woli życia i energii, żebym straciła do niego cierpliwość, słowo Wam daję. 
   Tegoroczna pomyłka na rozdaniu Oskarów (gdzie błędnie ogłoszono zwycięzcę w najważniejszej filmowej kategorii) wprawiła mnie w dobry nastrój, ponieważ przywróciła we mnie poczucie równowagi: jeżeli na tak precyzyjnie przygotowanej imprezie ktoś popełnił TAK WIDOWISKOWY błąd, to znaczy, że nie mam powodów do zmartwień i chociaż moje mieszkanie nie wygląda jak zestawienie kadrów z katalogu wnętrzarskiego, moje ubrania nie zawsze do siebie pasują, a ja niecodziennie jestem punktualna.
    Pozornie o wiele łatwiej żyć według ustalonej ścieżki oraz mając przed oczami obraz, który wystarczy odwzorować, natomiast na dłuższą metę udawanie przed samym sobą, że (wstaw to, co uważasz) posiadanie turkusowych mebli oraz białych ścian, czytanie olbrzymiej ilości książek, robienie doktoratu, zawarcie małżeństwa tuż po studiach, gardzenie disco-polo albo słuchanie wyłącznie instrumentalnych utworów, chodzenie codziennie na siłownię, jedzenie awokado, odsysanie tłuszczu, gardzenie makijażem czy cokolwiek innego, co w Waszym środowisku stanowi pewien nieoficjalny wzór do naśladowania, powoli wytrąci z Was osobowość. Różnorodność, nieidealność i naturalność są wspaniałą rzeczą, nawet jeżeli na Instagramie ma to kiepskie zasięgi.

4 komentarze :

  1. I już Cię lubię :) Bardzo mi się podoba Twój styl pisania i sposób myślenia ! Ja dopiero zaczynam ... jeśli byś miała ochotę spojrzeć choć jednym okiem byłoby mi niezmiernie miło https://niemcypopolsku.blogspot.de/
    Pozdrawiam miło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O Boshe, zwariowałabym doszczętnie żyjąc tak pod szablon Instagrama. Nie wspomnę, ile razy zaspałam przez te drzemki, a ścian to już na bank nie będę miała białych :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Chujowa Pania Domu, ogladajac zdj innych kobietprawdziwego zycia ;) ostatnio bylam zafascynowana pieknymi zdj z instagrama i zrobilam sobie biale sciany w przedpokoju. Boshe... Przy dwojce dzieci to byl chyba jakis zart ;) milo jest przeczytac ze ktos jest rowno nieidwalny jak ja ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Może życie też nie jest jak z instagrama i dobrze mi z tym :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za KAŻDY komentarz:). Wszystkie czytam i nieodmiennie się z nich cieszę:).

Designed by OddThemes | Distributed by Gooyaabi Templates